"Wątpię, że dieta w endometriozie coś pomaga."
To zdanie, usłyszane od jednego z ginekologów podczas studiów doktoranckich, tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że muszę działać dalej.
Pamiętam ten moment doskonale. Byłam w trakcie studiów doktoranckich, gdy na jednych z zajęć usłyszałam wprost, że dieta raczej nie ma znaczenia w endometriozie.
W tym samym czasie konsultowałam Pacjentki, które prosiły o pomoc, bo nikt inny nie potrafił im jej udzielić. Miały skurczowe bóle, przez które nie były w stanie pójść do pracy. Naprzemienne biegunki i zaparcia. Wzdęcia, przez które wieczorem nie mieściły się w żadne spodnie. Bezustanne zmęczenie. Poronienia, nieudane próby zajścia w ciążę. I zdanie, które słyszały od zbyt wielu specjalistów: „musi Pani z tym żyć”, „taka Pani uroda”.
Nie potrafiłam pogodzić się z tym, że mam im powiedzieć to samo. Zaczęłam więc szukać głębiej – przeglądałam publikacje anglojęzyczne, badania nad rolą stanu zapalnego, mikrobioty jelitowej, osi jelita-mózg, wpływu diety na poziom estrogenów itd. Im więcej czytałam, tym bardziej widziałam, że dieta ma znaczenie w endometriozie. nad własnym ciałem.
Dziś, kilka lat później, endometrioza czy adenomioza wreszcie przestają być tematem tabu. Rozmawia się o nich głośniej, prowadzi się badania, organizuje konferencje. Ja pracuję z pacjentkami z tą diagnozą codziennie – i mam pewność, że pomaga im nie tylko farmakoterapia i leczenie operacyjne, ale i indywidualnie dobrana dieta, suplementacja, zdrowy sen i ruch czy fitoterapia.

















